Home

Czy żonie pozwolić na kupno torebki?

Andrzej Koparek

Jako mąż i mężczyzna nie bez satysfakcji myślę o właśnie kupionym nowym samochodzie. Chętnie umieszczam w nim żonę, chętnie ją w nim sadzam, no może nie za kierownicą, bo to miejsce raczej rezerwuję dla siebie. Czyli nowy samochód- tak. Szczególnie jeżeli ma różne ciekawe możliwości. Wsiadam do niego i wystarczy, ze wcześniej uruchomię w komórce bluetootha, włączę Tidala i mogę jadąc słuchać świetnego jazzu. Wszystko jest dobrze do momentu, gdy moja żona, jadąc obok mnie, naszym, a raczej po prawdzie moim samochodem, na fali mojego dobrego samopoczucia, zapyta mnie, czy mogłaby kupić sobie nową torebkę. Widziała świetną okazję. Super przecena- Louis Vuitton za 1000 zł. Prawdziwy- nie Chińczyk- przepiękna.

– Będzie mi, kochanie pasować do kostiumu i butów-

Tu, raczej na pewno, dobry nastrój pryska. Staram się szybko argumentować, że taki wydatek jest nieekonomiczny, że trudno będzie zapiąć miesięczny budżet itd. Ale wtedy okazuje się, że decyzja żony jest przemyślana, już od dawna rozglądała się za nową torebką. Wszystkie, które ma(- przecież masz ich chyba z siedem!) są już w stanie krytycznym. Tak, a poza tym są nie modne. Ten ostatni argument wytrąca mężowi z ręki wszystkie atuty. Na modę nie ma rady. Już Śp. Ignacy Krasicki pisał w „Żonie modnej”, że na modę nie ma rady, więc milknę i z poczuciem bezsilnej złości jadę dalej moim pięknym, nowym samochodem, nie słysząc pięknego jazzu w wykonaniu Larsa Danielssona i Leszka Możdżera, który leci właśnie z systemu Alpine i przeżuwam swoją porażkę. 

Czy to sprawiedliwe, żeby żona kupiła sobie nową torebkę? Ja przecież dawno już nic sobie nie kupiłem. To nie fair.

Mija kilka dni, kiedy powoli napięcie opada. Mąż myśli, że żona już chyba zapomniała o kupnie, no bo nic się nie dzieje. Aż tu pewnego wieczora zdumiony i zaskoczony mąż odkrywa w szafie żony, dokąd przypadkiem odnosił uprane i wysuszone części jej garderoby(- może w końcu zrobisz to, o co cię proszę i zaniesiesz pranie na górę!)  Nową Torebkę! Jest! Jest… całkiem niezła… ma coś w sobie… ale nie możemy do tego się przyznać… udajemy, że o niczym nie wiemy.

Idziemy na wieczór do znajomych. Żona, niby przypadkiem, zakłada na siebie dobrze dopasowany kostium, buty i Nową Torebkę. Nie zwracamy niby na to uwagi, ale gdy żona z żoną przyjaciela omawiają ten szczegół stroju, którego nie sposób nie zauważyć, taki ładny, dodajemy mimochodem, że „to Louis Vuitton, prawdziwy, nie Chińczyk”… Nastrój znowu jest w porządku. Żona pięknie wygląda, jest szczęśliwa. Mąż dumny i zadowolony. Siadamy do auta i wracając słuchamy Traveller’s Wife Larsa Danielssona.

Andrzej