Home

„Chińczyk” – wspomnienie o Januszu Warmińskim

Jarosław Kopaczewski

– To jest Chińczyk, proszę mówić do niego głośno bo nie słyszy na jedno ucho! Tylko nikt nie wie na które… Podczas Powstania granat wybuchł za blisko… – powiedział do mnie znakomity aktor Jan Świderski, który wprowadzał mnie do zespołu Teatru Ateneum i umówił na rozmowę z jego Dyrektorem- Januszem Warmińskim. Wszedłem do gabinetu Warmińskiego – słynnego dyrektora, słynnego teatru Ateneum na drżących nogach. Pierwsze co zauważyłem, to jego ciemne okulary, wysokie czoło i miękki aksamitny głos. Pierwszy kontakt z Warmińskim, był przyjemny. Wypytywał mnie o to co grałem w Katowicach- w moim poprzednim teatrze. W jakich filmach brałem udział. Po rozmowie trwającej mniej więcej piętnaście minut zostałem zaakceptowany!!!… Nie zdawałem sobie sprawy, że polecenie Jana Świderskiego będzie miało tak wielką moc, że zostanę przyjęty, mimo iż Świderski wcześniej uprzedzał, że to jest już załatwione. Tak, czy owak, trafiłem do jednego z najsłynniejszych w tym czasie teatrów w Polsce, a Janusz Warmiński stał się już także moim dyrektorem.

swiderski-i-warminski

Janusz Warmiński i Jan Świderski

Potem przez siedemnaście lat miałem okazję patrzeć na Niego i … podziwiać. Wielokrotnie widziałem Go „w akcji”. Doskonale radził sobie w pracy z aktorami. Był mistrzem w wydobywaniu z aktorów, z ich gry właściwych akcentów, niuansów, które potrafił potem także utrwalić, by grali na stałym dobrym poziomie i nie schodzili poniżej niego. Raz byłem świadkiem i jednocześnie uczestnikiem tzw. „zielonego przedstawienia”. Graliśmy „Poloneza” Sity po raz chyba trzechsetny. Była to dla aktorów okazja, by „poswawolić” i porobić różne kawały na scenie. My bawiliśmy się wspaniale, ale publiczność chyba trochę mniej… Ludzie oglądający spektakl nie rozumieli, o co chodzi! Jeden z kolegów podał Czesławowi Wołłejce grającemu króla Stanisława Augusta w szklance zamiast wody, „wodę ognistą”- nie uprzedzając go o tym. Cały zespół wiedział o zamierzonym żarcie i stał czujnie w kulisach śledząc, co się będzie działo. Wołłejko wziął szklankę z rąk sługi, wypił łyk- trochę go zatkało, bo pił jak wodę… Potem odsunął od siebie szklankę, zerknął w kulisy, uśmiechnął się do nas i wypił duszkiem całą szklanicę „na raz”. Potem, potem właściwie nie było już Króla Stasia na scenie. Wołłejko był znany z tego, że setka wódki wprowadzała go w szampański humor… Co chwila śmiał się! Mówił kwestię i chichotał- śmiał się z tego co sam powiedział. I tak było już do końca jego sceny. Jak już nadmieniłem, myśmy świetnie się bawili znając powód jego zachowania, ale publiczność niekoniecznie. Następnego dnia cały zespół znalazł się „na dywaniku” u Dyrektora. Zaimponowało mi, jak umiejętnie Warmiński potrafił mówić do wszystkich. Wszyscy go słuchali, od najstarszych, do najmłodszych aktorów. Ci starsi niby się nie bali, ale respekt był i to się czuło. Młodzi, tak jak również i ja drżeli ze strachu i emocji… Warmiński powiedział wtedy jedną ważną rzecz, która wryła mi się w pamięć; „nie wolno schodzić poniżej pewnego poziomu, jest to nie dopuszczalne!!!” Może mówił trochę innymi słowami, ale ogólnie tak to przesłanie odebrałem.

Kolejny raz, „zetknąłem się bliżej z dywanikiem” Dyrektora parę lat później. Moja pozycja w Teatrze trochę już „okrzepła”. Zagrałem kilka ról i chyba nieźle sobie z tym poradziłem. Maciek Wojtyszko reżyserował sztukę i dla mnie również znalazło się miejsce w obsadzie. Miałem swoje „pięć minut” na scenie. Nie była to duża rola, ale znaczący epizod- jakby to ująć „po filmowemu”. Miałem wolny weekend i wyjechałem na działkę leśną niedaleko- 60 km od Warszawy. Nie było jeszcze wtedy komórek, więc bylem niejako odcięty od świata. Było fajnie. Wróciłem w niedzielę i dostałem telefon od mojej Mamy, że z Ateneum dzwonili do mnie w sobotę i w niedzielę też… Nagle nastrój prysł. Zrobiło mi się niedobrze… Poczułem, że jakaś gula podchodzi mi do gardła ze strachu. Natychmiast wsiadłem do samochodu i pognałem do teatru. Moje przeczucia się spełniły. Minąłem bramę Ateneum, wbiegłem służbowym wejściem do garderób, mój spektakl właśnie się skończył. Koledzy rozradowani i uśmiechnięci schodzili po ukłonach ze sceny. Między nimi Tadziu Borowski, który patrząc na mnie stojącego z otwartymi ustami i z przerażeniem w oczach powiedział tylko, że zrobił za mnie nagłe zastępstwo i że „Dyro” już wie i że mam być jutro u Niego „na dywaniku”… W nocy spać nie mogłem. Cały czas powtarzałem w myśli, co mam Warmińskiemu powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, ale czułem, że i tak to nic nie da. To, co zrobiłem było nie dopuszczalne. Byłem pewny, że dostanę wymówienie lub zostanę zawieszony… Zameldowałem się w gabinecie Warmińskiego. Było lekko ciemno.

fot-pap_t-prazmowski

Janusz Warmiński Fot. PAP/ T. Prażmowski

Dyro siedział w milczeniu za biurkiem. Zapytał:

– Co się stało Panie Jarku?

Jąkając się opowiedziałem, że po prostu byłem przekonany, że nie mam spektakli w sobotę i w niedzielę, że bardzo przepraszam.

– Wiem, że nie ma na to usprawiedliwienia- mówiłem- ale chciałbym prosić…

– Panie Jarku- przerwał mi Dyrektor- to nie możliwe, że Panu się to przytrafiło… Pan jest przecież osobą obowiązkową i odpowiedzialną- porządnym człowiekiem. Chciałbym żeby tak zostało. A na to co się stało spuśćmy teraz zasłonę miłosierdzia(tak właśnie powiedział- „zasłonę miłosierdzia”) – Niech Pan zapłaci swoje normy koledze, który zrobił zastępstwo i zapomnijmy o sprawie.

Nie mogłem znaleźć słów, żeby podziękować Dyrektorowi. Zrobiłem oczywiście tak, jak mi polecił. Nigdy później do sprawy nie wrócił.

warminski02

Janusz Warmiński

Kiedy po przerwie wakacyjnej 89 roku wróciłem do teatru, zaskoczyła mnie wiadomość, że Ola Śląska- żona Janusza Warmińskiego i znakomita, wielka aktorka leży w szpitalu ciężko chora na raka płuc. Niedługo potem, 18 września zmarła. Cały teatr był na Jej pogrzebie. Mnie poproszono, abym wraz z trzema innymi kolegami niósł Jej trumnę. Patrzyłem na „Starego”, jak On to przeżywa. Widać było, że jest bardzo przybity, ale trzymał się twardo. Potem był w teatrze specjalny wieczór poświęcony Jej pamięci. Dyrektor był dzielny, starał się prowadzić teatr normalnie, ale w kolejnych latach stawał się coraz cichszy. Coraz rzadziej można było z nim rozmawiać. Zamykał się w sobie. Pewnego wieczoru 96 roku teatr obiegła wieść, że Dyrektor został pobity przez chuliganów, jak wracał do domu po spektaklu. Niedługo leżał w szpitalu, zmarł miesiąc później- 2 listopada 1996 roku- siedem lat po śmierci Oli. Na Jego pogrzebie niosłem krzyż… – chętnych do niesienia trumny było wielu .

Jarosław Kopaczewski