Home

Zanussi się zdenerwował

Michał Krzemień

Film “Obce ciało” Zanussiego jest prezentowany jako wreszcie jakiś głos, a dla niektórych nawet silny głos, podejmujący tematy pracy w korporacji, pracy katolika w środowisku antychrześcijańskim, czy w końcu dyskusję z feminizmem. Entuzjastyczne recenzje w prasie katolickiej oraz niedopuszczenie filmu do festiwalu w Gdyni dodają jeszcze pikanterii.

Po obejrzeniu mogę jasno powiedzieć, że wszystkie nadzieje osób, które może szukałyby właśnie jakiegoś mocnego głosu w tych sprawach albo nadzieje ludzi, pracujących być może w tych budynkach ze szkła i stali, zwyczajnie ciekawych zobaczenia, jak to ich szybkie życie wygląda w czymś ambitniejszym od „Prawa Agaty” na tefałenie – niestety zostaną srodze zawiedzione. Zanussi nie tylko zanudza, co z góry trzeba przewidzieć i mu wybaczyć, ale bierze się za temat, o którym nie ma bladego pojęcia a przedstawiony świat jest jedynie jakąś ciężką karykaturą. Postaci pociągnięte grubą kreską, fabuła schematyczna, dialogi toporne, muzyka Kilara brzmiąca jak dysonans. Aż nie chce się pisać więcej, nie wypada uznanego, starszego reżysera tak traktować, może jednak lepiej, że film nie pojechał do Gdyni.

Zacznijmy od samej korporacji – totalny dramat. Czy ktoś nie mógł zaprosić Zanussiego na jakąś wizję lokalną do któregoś z warszawskich biurowców w Śródmieściu, a niechby i na Mokotowie? Kris, szefowa grana przez Agnieszkę Grochowską, pasuje bardziej do domorosłej kilkuosobowej firmy budowlanej, której szefowa naoglądała się kiepskich filmów o korporacjach-;) Owszem nie chcę powiedzieć, że nie zdarzają się szefowie o osobowościach psychopatycznych, poranieni, kreujący dwór wokół siebie, grający nie fair, których korporacja trzyma przez jakiś czas, bo mimo ryzyk reputacyjnych, gość wykręca wynik i bilans wychodzi na plus. Mamy jednak 2014 rok a nie lata 90. i wiele firm nauczyło się, że taki szef to wynik na krótką metę, długofalowo kończy się to klapą. Ale dobrze, niech będzie ta Kris, taka jaka jest. Jednak teksty o transgresji wygłaszane do współpracownicy, pejcz jako narzędzie osiągania seksualnej przyjemności z dwoma wynajętymi osiłkami, łapówka w walizce wręczana za wygranie kontraktu – no to są tanie chwyty, pójście na skróty, nie wypada nawet tak upraszczać. Większość scen, dialogów też łopatologicznych. Jeszcze matka Kris, prokurator stalinowski, poddawana hipnozie, może to byłby dobry wątek na osobny film, tutaj trochę jest wrzucony na siłę, powoduje jeszcze większe nagromadzenie złych emocji i ciężkość tego obrazu. Rozumiem, że Zanussi chciał wykrzyczeć swój sprzeciw wobec nierozliczenia się Polski z przeszłością, pokazać jak ci ludzie przekazują młodym pałeczkę toksyczności, agresji i złego stylu. Swoją drogą to fakt, ludzie którzy zrobili kariery w latach dziewięćdziesiątych i do dziś je trzymają, to często resortowe dzieci. Czy redaktor Monika O. agresywna i pełna jadu, nawet kiedyś w jednym programie świecąca rozmówcy lampą w oczy jak na przesłuchaniu w UB, nie jest tego jakimś przykładem?

Mamy tam jeszcze Agatę Buzek w klasztorze i nawet niezłe sceny z Celińską jako matką przełożoną, Buzkówna gra nawet nieźle, ale umówmy się, ciężko zrobić na siłę z niej ikonę dobra.

obce cialo

Jej były chłopak czy narzeczony – Angelo to również katolik, przy tym Włoch, czyli ktoś potencjalnie dużo sympatyczniejszy niż polski ponurak z Podkarpacia. Kris-Grochowska nawet nazywa go aniołem w końcówce filmu, i nie ma w tym wtedy sarkazmu ani kpiny. Czy Angelo budzi naszą sympatię? Niestety, raczej politowanie. Zachowuje się jak niedołęga, szamoczący się w swojej bezsilności wobec decyzji narzeczonej, bujający w obłokach prawiczek, utrwalający stereotyp katolika-życiowego fajtłapy. Nie jego wina może, to są też mielizny scenariusza. Owszem niechby on szamotał się jakiś czas, wadził z Bogiem, że mu taki numer wywinął, w końcu zaakceptował. Gdy po roku przyjeżdża do klasztoru i wydziera się w deszczu, paznokciami wczepiając się w szacowne mury, jest to tylko żałosne. Film jest nieporadny, ostateczny morał zawstydzająco łopatologiczny, gdy pojawiają się końcowe napisy, oddychamy z ulgą, że już koniec.

Sprawa polega na tym, że walka rozgrywa się na o wiele subtelniejszych poziomach. Szef pochodzący z Podkarpacia, chodzący ze święconką i na Pasterkę, którego matka słucha Radia Maryja, a on mający za sparring partnerów i przełożonych expatów, nawet słowem się nie zająka, że Christmas Party jako wypasiona impreza z didżejem w Adwencie, to pomyłka, że wysyłanie kartek świątecznych z bałwankiem i powtórzonym w kilku językach „Season greetings” to prostactwo. Patrzy przez palce jak jego pracownicy na imprezie integracyjnej coraz bardziej przyklejają się do młodszych koleżanek, a przecież wie, że mają żony i małe dzieci. Umywaręce, bo nie będzie wtrącał się w prywatne życie dorosłych ludzi, a przecież je mebluje, bo to on zarządził obowiązkową integrację na Mazurach. A może właśnie perspektywa jego pracownika, wiernego męża, zatroskanego o rodzinę, spędzającego jednak coraz więcej czasu w pracy, z zespołem singli kpiącym z religii, moralności i jego. Tożsamość wypłukiwana stopniowo, chęć bycia fajnym w ramach swoich zasad, co w praktyce napotyka trudności. Czy być świetnym kumplem, chodzić na piwo i ryć ze śmiechu z Ojca Rydzyka, czy też wykręcać się od licznych integracji, by zdążać na kąpanie dzieci, i powstrzymywać śmiech z pikantnych żartów za cenę bycia odludkiem osuwającym się coraz bardziej w towarzyski ostracyzm. To są jakieś dylematy, to byłby jakiś temat do rozwinięcia, namalowania różnymi farbami, ze światłocieniem, z perspektywą bo życie ma całą gamę barw. A nie to, co otrzymaliśmy nagryzmolone źle zastruganym ołówkiem na szarym papierze pakowym.

Dla ludzi szukających wartości, zwiedzionych tym, że będzie to rzecz o katoliku w korporacji, jest to niestety film fałszywy i szkodliwy. Niektórzy doceniają, że w ogóle taki film powstał, że Zanussi tak jasno podniósł pewne tematy, że to super, itd. No, nie wiem. To zbyt poważna sprawa i odpowiedzialność. Czy to dobrze dla pamięci o Bitwie Warszawskiej 1920 r., że Hofman nakręcił o niej tak żałosny film? Nie trzeba odpowiadać. Czy to dobrze, że Zanussi nakręcił tak słaby film o katoliku w korporacji? Odpowiedzcie sobie sami.

Michał Krzemień