Home

Oslo 99

Tomasz Sulej

Domy wśród skał

Na wiele lat przede mną trafiła do Oslo, sławna już wtedy prof. Zofia Kielan-Jaworowska- dama światowej paleontologii. Została w tym mieście dyrektorem muzeum przyrodniczego. Oprócz zajmowania się nauką i organizowaniem wystawy eksponatów sprawowała także opiekę doktorancką nad Jornem Hurumem. W tym czasie w Warszawie znajdowało się kilka nie wypreparowanych i nie opisanych okazów- pozostałości po wykopaliskach w Mongolii, które prof. Kielan-Jaworowska organizowała w latach 60-70. Jednym z okazów była czaszka wielkiego dinozaura- drapieżnego tarbozaura, bliskiego kuzyna słynnego T-rexa. Nie było chętnych do zajęcia się tym materiałem, więc profesor zgodziła się by Hurum z kolegami wypreparowali te okazy w Polsce i opisali. Załadowali więc Volkswagena Transportera i przyjechali we czterech do Polski w składzie: dyrektor muzeum, Jorn (młody doktorant),  Preparator, a także Sprzątacz z muzeum- pasjonat paleontologii (po godzinach zostawał w Muzeum by preparować i czyścić skamieniałości). Pomimo różnic w wykształceniu i stanowiskach stanowili zgraną i zabawną drużynę.

Preparacja czaszki tarbozaura

Preparacja czaszki Tarbozaura

Ja, jako młody adept paleontologii kręgowców, zostałem im przydzielony do pomocy. Miałem też zadanie, by nauczyć się fachowego warsztatu pracy. Moja pomoc, choć może niezbyt duża, okazała się czasami nieodzowna; jak na przykład przy zdobyciu dodatkowego oświetlenia, czy też w czasie zakupów na mieście. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i chyba dobrze się nam wszystkim współpracowało. I też się zaprzyjaźniliśmy. Kiedyś profesor poprosiła mnie o pokazanie mojej świeżo obronionej pracy magisterskiej. Gdy szedłem wysłuchać jej opinii, Jorn uprzedził mnie, że profesor na pewno powie, że jej się nie podoba- zawsze tak mówi świeżo upieczonym magistrom. Żebym się tym nie przejmował, bo tak naprawdę, to wyrażała się o mojej pracy w sposób pełen uznania. Po takim przygotowaniu szedłem na spotkanie spokojny i dobrze zniosłem srogą krytykę.

czaszka po wypreparowaniu_1a

Czaszka Tarbozaura

Pomimo wielkiego zaangażowania w preparację czaszki tarbozaura czterech Norwegów i mojego, ostatecznie okazało się, że praca idzie zbyt powoli i że będzie trzeba cały okaz zabrać do Norwegii. Czaszka pojechała więc do Oslo, a wdzięczni mi za pomoc Norwegowie zaprosili do siebie bym im dalej pomagał w jej preparacji. Zapewniali. mi mieszkanie, wyżywienie i transport. Zgodziłem się z ochotą i tak w maju 1999 roku znalazłem się w Oslo.

dom zbudowany na skale_1

Dom zbudowany na skale

Jorn zaprosił mnie do swojego domu pod miastem. Dostałem własny pokój z łazienką, więc dla mnie wychowanego w małym mieszkaniu na Ursynowie był to prawdziwy szok. Ale to był dopiero początek. Jorn mieszkał z przemiłą żoną. Jeszcze nie mieli dzieci. Razem jeździliśmy do pracy i na zakupy. Czasem samochodem, czasem autobusem, a raz nawet rowerem. Wtedy rower w Polsce, to była głównie zabawka (no powiedzmy na Ursynowie, na wsi pewnie nie). W Norwegii natomiast sporo osób korzystało z niego w mieście, jako z głównego środka lokomocji. Muzeum w Oslo miało wtedy świetny warsztat preparatorski i wspaniałą ekipę ludzi- niezwykle życzliwych. Specjalista od minerałów, wziął mnie w sobotę na przejażdżkę swoją motorówką po fiordzie, nad którym leży Oslo. Uwielbiam wodę, więc była to dla mnie wielka frajda. Podczas wycieczki przekonałem się jakimi patriotami są Norwegowie. Każda nawet najmniejsza jednostka pływająca była oflagowana norweską banderą. Maszty z norweskimi flagami stały też w ogrodach wielu domów. Podobne rzeczy widziałem potem juz tylko w USA. Zachwyciły mnie też pięknie zadbane, domki nad wodą, czasem stojące na małych wysepkach. Znacznie mniejsze niż przeciętny polski dom- bo skromność to podobno jedna z ważniejszych cech Skandynawów.

Czy tak jest w rzeczywistości, mogłem się przekonać w domu Jorna.

Od dziecka miał smykałkę kolekcjonerską, zbierał skamieniałości i minerały. Gdy został paleontologiem, musiał przekazać swoją kolekcję skamieniałości do muzeum (takie jest niepisane prawo na całym świecie). Zostały mu więc minerały i im poświęcał swój wolny czas. Raz zabrał mnie na wycieczkę w góry by szukać kolejnych okazów. Pojechaliśmy wraz z jego żoną w góry pod Oslo. Najpierw przedzieraliśmy się przez las by znaleźć odpowiednie miejsce do kopania. Gdy już rozpoczęliśmy kopanie, dość szybko znaleźliśmy ogromne kryształy feltzbachu, a pod nimi przepiękne kryształy fluoroapatytu. Byłem zachwycony, nigdy wcześniej nie znalazłem takich skarbów. Na dodatek był piknik w dzikim lesie i dzielenie się radością z wyniku wykopalisk. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi. Po powrocie do domu okazało się, że znaleźliśmy największe kryształy fluoroapatytu w Norwegii. Jorn wiedząc, że raczej nie zbieram kryształów, zaproponował mi w zamian za nie piękne kryształy z innych swoich wypraw. Pokazał mi przy tej okazji swoją ogromną kolekcję. Wcześniej nic o niej nie mówił. Okazało się, że w Norwegii można znaleźć prawdziwe skarby. Za parę takich kryształów zafundował żonie wycieczkę do RPA.

w poszukiwaniu minerałów 2

W poszukiwaniu minerałów

Kiedyś po kolacji usiedliśmy przed telewizorem i okazało się, że zaczął padać śnieg (w maju sic!). Film był słaby, więc wybrałem się na spacer do pobliskiego lasku. Byłem mocno zaskoczony, gdy kilkaset metrów od domu zauważyłem świeże ślady łosia. Ściemniało się. Nie znałem okolicy. Zawsze darzyłem sentymentem te wielkie zwierzęta, więc poszedłem po tropie, cały czas szukając punktów odniesienia, by móc przy ich pomocy wrócić. Kilka razy miałem wątpliwości czy rozsądnie postępuję… Ale zamiłowanie do dzikiej przyrody zwyciężyło. Skradałem się bezszelestnie i szybko. W końcu szedłem w prawie całkowitej ciemności. W końcu, w odległości około 10 metrów zauważyłem nagle wielkie cielsko łosia. Do dziś pamiętam ten widok. Leżał wielki, ogromny. Na lewym boku. Zerwał się i pognał w las. Biegł klucząc, by mnie zgubić. Ależ to była satysfakcja! Z przezwyciężenia strachu, z „pokonania” łosia no i z wytrwałości uwieńczonej sukcesem. Pozostawało tylko znaleźć drogę powrotną. I tu doznałem kolejnego szoku, gdy nagle wyszedłem na osiedle domków jednorodzinnych. Okazało się, że one w ogóle nie mają ogrodzenia. Stoją sobie tak bez niczego- nawet bez żywopłotu. U nas w Polsce chyba do tej pory jest to nie do pomyślenia. Ale w wielu krajach, w których już potem byłem, często się z tym spotykałem. No tak, marzę o takiej swobodzie w swoim ogrodzie, chyba brakuje mi odwagi by zlikwidować ogrodzenie. Wtedy, w Norwegii brak ogrodzeń pozwolił mi na zaoszczędzenie czasu. Chyba też nie wyrządziłem szkody przechodząc przez posesje.

Marsz pokoju2a

Marsz pokoju

Podczas kolejnych dwóch tygodni zdążyłem być na defiladzie pokoju, pojechać na działkę rekreacyjną dyrektora muzeum, i być na próbie zespołu rockowego, w którym grał preparator z muzeum. Dał mi trochę pobrzdąkać na swojej gitarze, na scenie i mogłem przez chwilę poczuć się jak rockman na koncercie. Grać co prawda nie umiem, ale zespół dostosował się do mnie i mieliśmy świetną zabawę.

marsz pokoju_1a

Defiladowym krokiem

Norwegowie w strojach ludowych_1

Norweżki w strojach ludowych

Defilada pokoju, to było coś naprawdę niezwykłego. W paradzie brały udział orkiestry i chóry z wielu szkół podstawowych w Oslo. Każdy zespół miał totem (często z jakimś misiem, czy inną przytulanką) i wszyscy byli ubrani w mundurki, które były wyjątkowe w swojej kolorystyce. Tak więc defilada mieniła się kolorami, a muzyka dźwiękami rożnych utworów. Dzieci przechodziły obok Pałacu króla, który stał na balkonie i machał do każdej orkiestry. Jakby tego było mało, wielu widzów przyszło na defiladę w różnych norweskich strojach ludowych. Potem dorośli wspólnie z młodzieżą tańczyli norweskie tańce ludowe stojąc w wielkim kręgu. Ten słoneczny dzień był pełen radości. Byłem zachwycony pomysłowością Norwegów.

Gdy wracałem samolotem do Polski, była świetna widoczność, więc cały czas siedziałem przy oknie. Bałtyk miał kolor nieba i tylko linia horyzontu oddzielała od siebie błękit nieba od błękitu wody. Dolecieliśmy do Polski. Z jednej strony samolotu widziałem Słowiński Park Narodowy z wielkimi wydmami i jeziorami a z drugiej Hel. W samolocie było dość luźno, więc biegałem to na jedną, to na drugą stronę, by widzieć Hel, potem trójmiasto, a potem wielką Wisłę pod Tczewem. Poczułem, że jestem w Ojczyźnie.

Tomasz Sulej