Home

Mój przyjaciel Pan Janek

Jarosław Kopaczewski

Mam wrażenie, że wszyscy gdzieś wyjeżdżają, gdzieś daleko, w obcych i słonecznych krainach szukają odpoczynku od codzienności, od pracy, od wszelkich sytuacji znanych, które mają na miejscu. Szukają nowych wrażeń… Gdy zostaję na miejscu, do serca często wkrada się nostalgia, jakaś tęsknota. Za nieznanym. Chciałbym doświadczyć czegoś innego, nowego. Widoku  zapierającego dech w piersi; bezkresu morza, wspaniałej perspektywy otwierającej się ze szczytu górskiego… Gdy tego nie ma, doświadczam swoistej tęsknoty. Wchodzę na ścieżkę wspomnień i ciężko mi ją opuścić… Pojawiają się przed oczami ludzie, którzy już odeszli. Niekoniecznie Ci wielcy, raczej wracam myślą do tych skromnych, niepozornych, którzy pojawili się w moim życiu nawet na krótko, ale którzy okazali mi trochę serca.

Zacząłem grać w Ateneum. Teatr był szacowny. Wielu wspaniałych aktorów, znakomite sztuki. W takim towarzystwie młody aktor, jakim wtedy byłem, może się poczuć onieśmielonym. Dostałem miejsce w ostatniej garderobie. W tak zwanym „tramwaju”. Był to ciąg garderób, które oddzielały od siebie jedynie cienkie ścianki działowe. Wszystko było słychać. Jedyne, co tłumiło choć w części dźwięki dochodzące z sąsiedztwa były wiszące na ścianach kostiumy- jedne na drugich. Często było ich tak dużo, że trudno się było dostać do tych pod spodem. Ostatnia garderoba. Młodzi aktorzy. Żadnej sławy- wielkiego aktora- kolegi, z którego można by było brać przykład… Była to garderoba także dla tych, którzy grali w Ateneum gościnnie. Czasem siedział z nami wielki aktor- raz był to Roman Wilhelmi, który grał Dantona w „Sprawie Dantona” Przybyszewskiej- spektaklu reżyserowanym przez Kazimierza Kutza.

Był też człowiek, który zarządzał tym miejscem. Sadzał nowego, przydzielał miejsce, organizował kostium, zapewniał czyste skarpetki, ręczniki. Pan Janek. Długi czas nie znałem jego nazwiska. Tytułowałem go jak wszyscy- Pan Janek. Nam- aktorom nie wypadało zresztą interesować się obsługą, personelem. Kastowość w teatrze była wielka. Już sami aktorzy dzielili się na: gwiazdy, pierwszoplanowych, drugoplanowych, epizodystów i resztę. Nie wolno nam było zapominać o tych podziałach- długo trwało, zanim odważyłem się porozmawiać z Jurkiem Kamasem, czy Marianem Kociniakiem. Pan Janek był tym, który nas łączył. Każdemu dawał takie same, czyste skarpetki, które po każdym spektaklu pracowicie „moczył”.

– Zmoczyć Panu skarpetki?- takie pytanie zadawał nam zawsze po spektaklu. Znaczyło to- czy Pana skarpetki są już na tyle „spracowane”, że trzeba je uprać?- Pierwszy raz nie bardzo wiedziałem o co chodzi. Dopiero po chwili zrozumiałem i z ulgą oddałem swoje. Pamiętam jak bardzo ująłem go sobie, kiedy zaproponowałem mu, chyba za drugim, czy trzecim razem:

– Panie Janku, dziękuję, sam sobie wypiorę-

Na co on- Co Pan, Panie, to moje zajęcie. Proszę się nie przemęczać-

Długo trwało zanim nauczył się mojego imienia, chyba około roku. Potem już zawsze zwracał się do mnie „Panie Jareczku” . Bardzo to było miłe. Szczególnie, że byłem mocno niedowartościowany w kontaktach z innymi kolegami. Jakoś nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Zarówno przy stole kościanym, w barze teatralnym jak i podczas spotkań zespołu.

Stół do gry w kości za mojej kadencji został pięknie obleczony zielonym płótnem bilardowym i prezentował się wspaniale. Tu zawsze koncentrowało się życie kulturalne męskiej części zespołu. Panie nam zresztą bardzo zazdrościły i co pewien czas któraś z nich docierała do stołu zawinięta w piękny biały szlafrok, mając na głowie perukę a na twarzy mocny teatralny makijaż. My inaczej się charakteryzowaliśmy- kładliśmy podkład, cienie, szminkę a na końcu doklejaliśmy wąsy na mastix. Nie wszyscy- tylko ci gorliwsi- do których zawsze należałem. Byłem młody, a grałem osoby dużo starsze, więc trzeba było umiejętnie dodać sobie wieku, przybrać odpowiednie pozy i zachowanie charakterystyczne dla dumnego polskiego sarmaty- arystokraty.

Pierwszym spektaklem, w który wszedłem w Ateneum był „Polonez” Sity. Rzecz o rozbiorach Polski, dworze Króla Stasia i Dworze Carycy Katarzyny. Stasia grał Czesław Wołłejko, Carycę Aleksandra Śląska a Jan Świderski- hetmana Rzewuskiego, jednego z głównych organizatorów Targowicy.

Trzeba było widzieć zaangażowanie Pana Janka w obsługę artystów podczas Poloneza. Dwoił się i troił. Zaczynał już od pół do szóstej. Jego przerwa między próbą a spektaklem była tak niewielka, że często rezygnował z wyjścia z Teatru. Pytałem go, czemu nie wyrwie się, żeby trochę odpocząć. Zbywał mnie machnięciem ręki i stwierdzeniem: – Panie Jareczku, a co ja bym w tym czasie zrobił- Był zawsze w pracy. Nawet, kiedy robił sobie przerwę na posiłek (a lubił jeść chleb z kiełbasą) odrywał się od jedzenia, jeżeli trzeba było dać nowy ręcznik, albo zorganizować mydło. Wtedy używaliśmy właśnie  mydło do zmywania szminki z twarzy.

Pamiętam kolejkę do umywalki. Staliśmy rozebrani do połowy, z twarzami natłuszczonymi wazeliną zmieszaną z podkładem i szminką, czekając na swoją kolej do ciepłej wody i mydła, aby móc spłukać twarz, ubrać się w swoje prywatne ciuchy i zwiać do domu. Spektakl trwał ponad trzy godziny i często trzeba było się spieszyć, żeby zdążyć na ostatni autobus.

Zdarzało mi się kilka razy, że razem z Panem Jankiem wychodziliśmy z teatru. Śpieszył się, żeby zdążyć na pociąg i znaleźć się jak najprędzej w domu. Mieszkał chyba gdzieś w Sulejówku. Najprędzej, to znaczyło przed północą. Następnego dnia znowu pojawiał się w teatrze już o ósmej rano. Jednym słowem Pan Janek pracował na okrągło, lub jak to się mówiło w naszym środowisku „żył teatrem”. Nikogo to specjalnie nie dziwiło.

-Tacy ludzie zawsze się w teatrze zdarzają- komentowali niektórzy to jankowe zabieganie.

Pewnego lata, gdy wróciłem do teatru po wakacjach, nie zastałem Pana Janka. Bardzo się zdziwiłem. Zaniepokojony zapytałem, co się stało? Powiedziano mi, ściszając głos, jakby z zażenowaniem:

– źle się poczuł, trafił do szpitala i tam zmarł. Chyba na zawał… –

Teraz, gdy coś piorę w ręku, widzę Pana Janka, jak stoi przede mną i pyta:

– Zmoczyć Panu skarpetki?-

Potem w Ateneum nic już nie było takie samo.

Jarosław Kopaczewski