Home

Żydowska Pascha w Indiach

Tomasz Sulej

T.Sulej_Indie_3W 2002 roku byłem w podróży służbowej w Indiach. Od dziecka uwielbiałem chodzić po górach, najpierw z Tatą, potem z bratem i często również sam. Nie mogłem nie skorzystać z okazji, by będąc w Indiach, nie „skoczyć” w Himalaje. Moim celem było wejście na 5000 metrów. Jeszcze w Polsce dowiedziałem się, że jest to możliwe – nawet bez specjalnego przygotowania. Dzięki pomocy brata udało mi się spotkać z Marcinem Malką, który wszedł na przełęcz ponad 5000 metrów i opowiadał mi, że nie był to jakiś wielki wysiłek, że są oznakowane ścieżki i spokojnie powinienem dać radę. Ach, to było marzenie!

Kupiłem angielski przewodnik po indyjskich Himalajach i już w Polsce wybrałem najbardziej optymalny wariant wędrówki. Miałem dojechać autobusem do wsi, wspiąć się na przełęcz i potem zejść do innej wioski (Czitkulu).  Sama wędrówka piesza miała zająć jeden dzień. Na wszelki wypadek wziąłem jednak płachtę biwakową (pożyczoną od starszego brata). Kiedy dotarłem do Simli –  himalajskiego miasteczka gdzie oprócz zamku angielskiego króla (obecnie muzeum) znajduje się punkt wydający pozwolenia na wędrówkę, okazało się że muszę zmienić swoje plany. Dolina ze wsią, z której miałem wyruszyć jest zamknięta przez wojsko, prawdopodobnie w związku z konfliktem Indii z Pakistanem, który miał miejsce w pobliskim Kaszmirze. Dowiedziałem się jednak, że mogę dojechać do Czitkulu, postanowiłem więc wejść na przełęcz z tej miejscowości i wrócić z powrotem tą samą drogą. O samej podróży autobusem i wędrówce na przełęcz opowiem może innym razem, teraz chciałbym się skoncentrować na tej małej, ale niezwykłej wsi. Czitkul leży na wysokości 3500 m n.p.m. Mieszka w nim około setki górali wyznających pewien odłam buddyzmu. T.Sulej_Indie_2Świątynia do której chodzą jest niewielka, ale podobno bardzo stara. Mogłem tylko przez kratę zajrzeć do środka, i szczerze mówiąc poza jakimiś posążkami i niedbale ułożonymi przedmiotami, nie widziałem nic ciekawego. To, co na początku najbardziej mnie uderzyło we wsi, to anteny satelitarne ustawione w centrum i zasilane bateriami słonecznymi. Część z nich pewnie była zbudowana przez armię, ale podejrzewam, że inne służyły po prostu do odbioru telewizji. Tuż obok tych anten płynął strumień, do którego schodziły kobiety by zrobić pranie i wziąć wodę do zmywania. Później miałem okazję przekonać się, że równie „ekologiczne” są ubikacje mieszkańców Czitkulu. Służą temu okoliczne ścieżki, kilkanaście metrów od końca wsi. I jeszcze jeden, tym razem naprawdę smutny przejaw nowoczesności – T.Sulej_Indie_4aczapka basebolówka na głowie młodego chłopaka, który kijami młócił zboże. Zdecydowana większość mężczyzn nosiła tradycyjne, brązowe czapki w kształcie krótkiego walca z podwiniętymi zausznikami, będącymi główną ozdobą czapki. (były one obszyte zielonym aksamitem z czerwoną  obwódką). Bardzo mi się spodobała ta tradycyjna czapka. Tak bardzo, że aż ją sobie kupiłem… Mam nadzieję, że nie był to egzemplarz z tamtejszej cepelii, tylko taka normalna czapka, jakiej wszyscy tam jeszcze używają. Zatrzymałem się w prostym hostelu prowadzonym przez Chińczyka… albo Koreańczyka. Był to młody człowiek, dość dobrze zorientowany w  miejscowych zwyczajach oraz w możliwościach przejścia okolicznych szlaków górskich. Dzięki niemu zrozumiałem, co działo się w czasie  niezwykłego spotkania, o którym za chwilę opowiem. Gdy przechadzałem się po wsi by zapoznać się z miejscową drewnianą architekturą i porobić trochę zdjęć, usłyszałem jakieś dziwne hałasy.

T.Sulej_Indie_5aZaciekawiony, szybko dotarłem pod świątynię, skąd właśnie wyruszyła procesja. Z przodu szli mężczyźni, niosący jakby w lektyce jakąś  kukłę z wielkim czarnym pomponem w miejscu głowy. Za nimi szła orkiestra wydająca dziwacznymi instrumentami coś, czego nie  nazwałbym jednak muzyką. Wśród instrumentów były mosiężne talerze, bębny i jakieś tuby. Za głównym orszakiem szli mężczyźni. Postanowiłem trochę poprzyglądać się wszystkiemu z boku. T.Sulej_Indie_7W pewnym momencie dostrzegłem dwóch mężczyzn trzymających za nogi tułów jakiegoś zwierzęcia i zbierających do  mosiężnej miednicy krew, która wypływała z szyi. Zaraz potem zauważyłem, że obok prowadzona była na krótkim sznurku koza. Procesja szła dalej. Po minięciu kilku zabudowań postawiono lektykę z kukłą, a grupa starszych mężczyzn usiadła nieco z boku. Wszyscy na coś czekali, a ja domyślałem się, że chodzi o tę kozę. Przyglądałem się jej, bo wiedziałem, że jest ona typem ofiary. Miałem wtedy w uszach fragment księgi Izajasza; „…jak baranek prowadzony na rzeź…”. Tak, ta koza była bardzo spokojna, choć pewnie czuła chyba, co ją zaraz czeka. Nie wyrywała się, była pogodzona ze swoim losem. Po chwili moje rozważania przerwał człowiek, który czymś przypominającym wąski tasak obciął jej głowę. Zrobił to bardzo szybko i sprawnie, na oczach dorosłych i biegających dokoła dzieci. Ponieważ jednak tułów strasznie wierzgał nogami, dwóch ludzi musiało go mocno trzymać, trzeci z nich podkładał miskę na krew spływającą obficie z szyi. Po kilku minutach mężczyźni przystąpili do patroszenia zwierzęcia. Jakieś dziecko stojące tuż obok mnie, na murku zaczęło się do mnie uśmiechać, jakby oczekując, że pomogę mu z tego murku zejść. Długo się nie zastanawiając złapałem je za ręce i postawiłem na ziemi. Było bardzo zadowolone.

T.Sulej_Indie_8Zaraz potem okazało się, że również inne dzieci chcą się za mną bawić w tę świetną zabawę. I tak w czasie gdy „rzeźnik” wyciągał wątrobę z kozy, dzieciaki jedno po drugim wbiegały na murek, a ja je ściągałem z niego. Przyznam, że czułem się bardzo dziwnie. W końcu jednak, żeby nie stać się zbyt dużą „atrakcją”, pokiwałem dzieciom głową na znak, że koniec zabawy i przyglądałem się dalej uroczystości. Wątroba  została podana starszym, siedzącym obok kukły, a oni przyglądali się jej płatom – o czymś ze sobą rozmawiając. Prawdopodobnie wróżyli. Następnie wątroba wróciła do rzeźnika, który z pomocnikiem podzielił ją na wiele kawałków. Wszyscy mężczyźni usiedli w kręgu. Każdy z  nich wziął kawałek wątroby i zjadł na surowo. I znowu pomyślałem o Baranku, którego ciało wszyscy spożywają. Nad głowami jedzących mężczyzn zauważyłem kobiety, które na następnym podwórku przygotowywały wielkie płaskie placki, może z niekwaszonej mąki… Miałem niejasne wrażenie, że uczestniczę w prastarym obrzędzie ludzi wypasających zwierzęta w górach. Być może taki obrzęd był pierwowzorem Paschy żydowskiej. Może Bóg wykorzystał go by wprowadzić Paschę spożywaną przez Izraelitów na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Podczas takiej Paschy Pan Jezus ustanowił Eucharystię…

T.Sulej_Indie_1Czułem, że dotykam jakiejś wielkiej tajemnicy… Czas, który dzielił  mnie od tamtych wydarzeń nagle przestał istnieć. Oto byłem wśród ludu Starego Izraela, uczestniczyłem w jego obrzędach, patrzyłem w oczy tym ludziom… Czy spodziewałem się, że powiedzą dlaczego to czynią? Czy przeczuwają, że są w rękach Bożych, wśród tych wielu co poprzedzali Eucharystię Pana? Chyba nie… Patrzyłem im w oczy i dostrzegałem jedynie zadowolenie ze spożywanego pokarmu. Kobiety pracowicie wyrabiały placki…

Tomasz Sulej