Home

Pióro praptaka

Tomasz Sulej

Wyprawę do Kazachstanu zorganizował niemal w całości mój szef prof. Jerzy Dzik. Naszym celem były wykopaliska w miejscu niezwykle bogatym w skamieniałości z późnej jury, czyli sprzed mniej więcej 155 milionów lat. Stanowisko było położone w Górach „Wielki Karatau”. Rosjanie odkryli je na początku XX wieku. Potem przez wiele lat eksploatowali. Występuje tu wyjątkowo dużo nadzwyczaj dobrze zachowanych skamieniałości. Rosjanie opisali pochodzący z Aulie (to najbliżej położona wieś) niemal kompletny szkielet latającego gada- z zachowanymi włoskami na błonie lotnej, jaszczurkę z zachowaną skórą, młodocianego krokodyla i małe żółwie. Do podręczników paleontologii trafiło zdjęcie kompletnego szkieletu najstarszej poznanej salamandry.

bloki skalneMy jechaliśmy do Aulie szukać czegoś, co dopiero ma szanse trafić do podręczników biologii. Szukaliśmy przodka archeopteryksa, który jest chyba najlepiej znanym ogniwem pośrednim między gadami, a ptakami. W zasadzie został on już opisany przez Rosjan. Nazwali go Praeornis, na podstawie jednego dość dziwnego pióra. Ale wkrótce sprostowali, że jest to jednak liść jakiegoś sagowca. Trzeba jeszcze dodać, że równie spektakularne są owady z Karatau. Z tego znaleziska opisano już dziesiątki nowych gatunków owadów, które wyglądają tak, jak by je ktoś rozgniótł na szybie dopiero wczoraj. Do zbierania owadów pojechał więc z nami prof. Piotr Węgierek z Uniwersytetu Śląskiego. Organizacją zaś naszej ekspedycji na miejscu zajął się Dymitr Malachow, który uważa się za rosyjskiego Żyda żyjącego w Kazachstanie.

Do wyprawy przygotowywałem się miesiąc wcześniej, także fizycznie. Wstawałem prawie o świcie, wsiadałem na rower i jechałem ćwiczyć kondycję nad Wisłę. To był maj, więc dzikie brzegi rzeki były porośnięte gęstą, świeżą zielenią. Mogłem napawać się pięknymi widokami naturalnej przyrody. Przejeżdżanie dużych kałuż, czy też przenoszenie roweru przez płytkie odnogi Wisły i nie zdejmując przy tym butów, to było coś, co uwielbiałem. Wracałem więc do domu szczęśliwy i pełen zapału. Dzięki takim ćwiczeniom miałem w Kazachstanie dość dobrą kondycję.

Wielki Karatau

Dzicz okazała się nie taka straszna. Góry „Wielki Karatau” przypominają trochę nasze Bieszczady, ale wyglądają tak, jakby nie było tu żadnych lasów. Jedna, wielka połonina. Zarośla krzewiaste występują tylko w głębszych wąwozach. Są bardzo gęste i z kolcami- brrr. Obóz rozbiliśmy na środku zbocza góry. Jej wysokość bezwzględna wynosiła blisko 2500 m npm. Rozbiliśmy go w pobliżu strumienia, który wypływał z takiego właśnie zadrzewienia, dającego trochę cienia w południe. Choć był czerwiec, to w środku dnia słońce nam doskwierało.

Dwa tygodnie w górach. Moje traperskie marzenie- spanie w namiocie, mycie się w strumieniu… Pewnego dnia, po obudzeniu, wstałem i poszedłem się umyć. Szedłem w klapkach przez wysoką trawę. Nagle zauważyłem, tuż obok moich nóg powoli sunącego wielkiego, czarnego, bardzo jadowitego węża. Zamarłem i powoli, bardzo powoli wycofałem się. Uff, dobrze się skończyło… Wiedzieliśmy, że tu bywają takie węże i normalnie chodziliśmy w wysokich butach, ale rano? W pobliżu strumienia?… Pozostałe kontakty z dziką przyrodą ograniczyły się już tylko do słuchania w nocy wyjących gdzieś daleko wilków lub do obserwacji sępów złowieszczo krążących nad naszym obozem.

Posiłki przygotowywane na maszynce gazowej przez jednego z Rosjan jedliśmy pod wielką płachtą rozpiętą na tyczkach. Był to czas ciekawych rozmów i budowania przyjaźni: polsko-kazachsko-rosyjskiej. Ale nie obeszło się bez napięć. Kucharz-kierowca był komunistą słuchającym ciągle Pink floydów i innych rockowych kawałków ze „zgniłej Ameryki”. Dość dziwny człowiek. Trochę nas zdenerwował, gdy któregoś dnia oświadczył, że oni- Rosjanie wyzwolili nas spod okupacji hitlerowskiej, a jego ojciec stracił przez to rękę… A teraz my ich zdradziliśmy wstępując do NATO…

Nasza praca poszukiwawcza była dość monotonna. Do stanowiska mieliśmy z obozu ok. 30 metrów, więc niemal pod nosem. Spędzaliśmy tam całe dnie, schodząc tylko na posiłki do bazy. Na początku było dość łatwo. Zwietrzałe warstwy bez trudu można było rozdzielać- oglądając całe płyty w poszukiwaniu szkieletów. Najwięcej było oczywiście ryb i owadów. Tymi drugimi zajmował się Piotr. My z Grzegorzem wybieraliśmy większe okazy. Milimetrowe chrząszcze zostawialiśmy Piotrowi. Czasem trafiała się ładna roślina.

PraptakNajwiększy sukces przyszedł drugiego, może trzeciego dnia- nie pamiętam… Grzegorz znalazł świetnie zachowane prapióro. Nie takie, jak okaz, który wcześniej znaleźli Rosjanie. Nasze nie przypominało pióra konturowego. Miało masywną stosinę (oś pióra) i bardzo delikatne promienie. A przy tym wszystkim mieliśmy też górną i dolną warstwę skalną, między którymi się nasze prapióro zachowało. Rosjanie znaleźli tylko jedną połowę pióra, w której przed znalezieniem wykruszyło się wnętrze stosiny. W naszym okazie jest ona zachowana i choć nie ma już wewnętrznej struktury, to zbadaliśmy skład izotopowy prapióra. Wykazaliśmy, że jest on bardziej podobny do ryb niż do roślin, co było dość mocnym argumentem, że to szczątek zwierzęcy. Miało też dodatkową blaszkę, zresztą podobnie jak okaz z Moskwy. To był dowód, że oba prapióra pochodziły od zwierzęcia tego samego gatunku. Prof. Dzik wpadł na pomysł, że blaszki są analogiem trzech blaszek łuski gadów i przedstawił nową koncepcję ewolucyjnej genezy pióra obalając dotychczasowy paradygmat…

Najbliższa wioska- Aulie znajdowała się w dolinie. Była to wyjątkowa dziura, może z jednym sklepem, z którego zresztą nigdy nie skorzystaliśmy. Nie było tu zasięgu żadnej sieci komórkowej. Rosjanie chcąc mieć jakiś kontakt ze światem wzięli ze sobą telefon satelitarny. W niedziele więc dzwoniliśmy do bliskich. Każdy z kolegów zadzwonił po prostu do żony lub dziewczyny i chwilę pogadał. Ja jednak nie miałem tyle szczęścia- jak zwykle zresztą… Dzwoniłem cały dzień i dopiero wieczorem zastałem żonę w domu… W obozie było mi bardzo dobrze i nie miałem czasu na tęsknotę. Mimo to potrzebowałem jednak dodatkowego kontaktu i rozmowy z żoną.

Postanowiłem więc w czasie wolnym zejść na dół i spróbować z poczty dodzwonić się do domu. Rosjanie obiecali, że zawiozą mnie tam przy okazji, ale jakoś to ciągle odwlekali… w końcu okazało się, że koniecznie musi pojechać ze mną student biologii z Ałma Aty. Tak o nim mówiono. Ja chciałem jechać sam, by potem zrobić sobie spacer powrotny. Upierałem się, ale nie było rady. Ich nacisk był tak duży, że przestałem wierzyć, że chodzi tu tylko o opiekę nade mną. Miałem coraz większą pewność, że student, to gość z odpowiedniego biura. Jak na studenta był wyjątkowo mało zainteresowany naszymi znaleziskami. W końcu dotarliśmy na pocztę. Tu okazało się, że anteny są remontowane i nie można zadzwonić do Polski…

Przy tej okazji odbyłem rozmowę z kierownikiem poczty, dla którego byłem gościem wyjątkowym- niemal z innego świata. Wypytywał mnie o nasz kraj, o relacje między Polską a Rosją… Mnie z kolei wzruszyła jego opowieść o straconym dziecku. Miał dwóch synów. Młodszy, bardziej zdolny poszedł na studia medyczne i świetnie mu tam szło. Zaliczał kolejne egzaminy, kończył kolejne lata. Był dumą ojca. Aż od feralnej imprezy w akademiku, w którym mieszkał. Postanowił przejść z pokoju do pokoju po gzymsie budynku. Nie udało mu się. Spadł z wysokiego piętra i zginął na miejscu… Kierownik poczty zapytał- w którym roku się urodziłem? Okazało się, że prawie w tym samym, co syn. Powiedział wtedy, że ja mógłbym być jego synem… Machinalnie kiwnąłem głową. Byłem mocno poruszony opowiadaniem… Nigdy już potem nie spotkałem tego człowieka.

Gdy rozpoczęliśmy ze „studentem” powrót do obozu, na stromym podejściu mocno przyśpieszyłem. Ten oczywiście musiał być przy mnie. Ciągle starał się dotrzymać mi kroku. W końcu zrezygnował i został w tyle. Dodało to smaku dalszej wspinaczce- czułem satysfakcję z malutkiego zwycięstwa nad dyktaturą. Miałem wreszcie chwilę dla siebie. Bardzo pragnąłem być sam ze sobą, a raczej ze swoim sercem. W górach… Moje myśli błądziły między kierownikiem poczty a piórem praptaka …

 Tomasz Sulej